czwartek, 26 lutego 2026

14. Strzała

            - O rany! – pisnęłam i zakryłam usta ręką.

Eithan zmarszczył brwi i zdziwiony spojrzał na swoją zakrwawioną dłoń. Sophie kucnęła obok niego, rozchyliła delikatnie rozcięty materiał jego kubraka i obejrzała ranę.

- Strzała otarła się o twoje żebra – oznajmiła podnosząc się. – Musimy dostać się do mojej chatki. Trzeba jak najszybciej zatamować krwawienie.

Niewiele myśląc wyciągnęłam koszulę ze spodni i oddarłam z jej brzegu długi pasek tkaniny. Podałam go Sophie, która uśmiechnęła się przelotnie i znów pochyliła nad księciem.

- Oprzyj się o drzewo i nie ruszaj, proszę – powiedziała do niego, owijając go w talii prowizorycznym opatrunkiem z mojej koszuli.

- Nic mi… - sapnął i wykrzywił twarz w bolesnym grymasie – nie jest…

- Oczywiście – odparła zaczepnie Sophie.

- To znaczy, że byli tam też łucznicy – powiedziałam, rozglądając się wokół.

- Musieli ukryć się w zaroślach, nikogo nie widziałem oprócz tamtych z mieczami – Eithan spojrzał na mnie. – Nie mam pojęcia kiedy mnie trafili.

- To przez adrenalinę – odpowiedziała Sophie, zawiązując brzegi materiału.

- Przez co? – zdziwił się książę.

- Taki hormon, to znaczy substancję, która jest wytwarzana przez mózg podczas niebezpiecznych sytuacji – odpowiedziała machinalnie.

Eithan patrzył na nią spod uniesionych brwi. Sophie machnęła ręką i skinęła na mnie głową, żebym się zbliżyła. Ujęłyśmy księcia pod ramiona i pomogłyśmy mu stanąć na nogi.

- Prowadź go do chaty, a ja będę was osłaniać – powiedziała, wskakując z gracją na Werxa.

- Może będzie lepiej jak pojedzie konno? – zapytałam.

- Nie – odparła szybko brunetka. – Nie wiem jak głęboka jest rana i czy dosięgnęła jakichś narządów. Bezpieczniej będzie pieszo.

Przerzuciłam ramię księcia przez swoje barki i ruszyłam powoli do przodu. Mimo tego, iż był ranny moje ciało dziwnie reagowało na jego bliskość. Uspokoiłam się w duchu, skupiając się na swoim zadaniu.

- To naprawdę nic takiego – powiedział chrapliwie. – Dam sobie radę.

Chciał stanąć o własnych siłach, jednak ścisnęłam go mocno za ramię, protestując.

- Proszę pozwól sobie pomóc – powiedziałam, obracając twarz w jego kierunku.

Uświadomiłam sobie, że jeszcze nigdy nie dzielił nas tak krótki dystans. Jego szare oczy świdrowały mnie na wskroś. Widziałam cień zarostu na mocno zarysowanej szczęce, a na policzku czułam jego ciepły oddech.

Po kilku długich sekundach skinął bez słowa głową i ruszyliśmy do przodu. Sophie okrążała nas wokół na wierzchowcu Eithana, trzymając w ręce pokażny kij. Nie zauważyłam nawet kiedy się w niego wyposażyła. Miałam nadzieję, że nikt nas nie zaatakuje, bo nie wiedziałabym co ze sobą zrobić. Z naszej trójki tylko książę poradziłby sobie w walce. Byliśmy bezbronni.

Serce tłukło mi się w piersi, a ze skroni wolno spływała strużka potu. Zrugałam się w myślach za swoje tchórzostwo. Przecież dopiero co byłam przekonana, że jestem tą, która jest mężna i wojownicza. Pokręciłam bezwiednie głową. Książę popatrzył na mnie pytającym wzrokiem.

- Wszystko w porządku – odparłam szybko, nim zdążył zadać pytanie.

- Niedługo będziemy na miejscu – powiedziała cicho Sophie, forsując naprzód swojego wierzchowca. – Sprawdzę okolice chaty.

Eithan skinął głową. Zerknęłam na jego ranę. Dłoń, którą przyciskał prowizoryczny opatrunek była cała we krwi. Mimo to nawet na chwilę nie zwolnił tempa. Przygryzłam wargę, opanowując mdłości.

Usłyszeliśmy tętent kopyt i przed nami pojawiła się Sophie.

- Czysto – oznajmiła.

Po kilku minutach w końcu byliśmy na miejscu. Ułożyłyśmy księcia na pryczy. Stęknął cicho i opadł na posłanie. Był blady i spocony.

- Rozpal w palenisku – poinstruowała mnie Sophie, krzątając się po izbie. – I zagotuj wodę.

Patrzyłam na leżącego Eithana i nie mogłam się ruszyć z  miejsca. Nagle moje pole widzenia zaczęło się rozmazywać. Książę rozchylił na moment powieki i patrzył na mnie, marszcząc brwi w bolesnym grymasie, po czym z powrotem je zamknął.

- Bree, co się z tobą dzieje? – szturchnęła mnie Sophie. – Rusz tyłek!

- Już, już – odparłam i zabrałam się do roboty.

Co się ze mną dzieje? Przecież znałam go raptem tydzień. Nie wiedziałam skąd ten nagły przypływ emocji. Przetarłam powieki wierzchem dłoni i zaczęłam podkładać suche drewno do paleniska. Zerknęłam przez ramię na poczynania Sophie i zaraz tego pożałowałam. Nie wiedziałam, że widok większej ilości krwi tak na mnie działa.

Zagotowałam wodę i mieszałam ziołowy napar, który przyszykowała Sophie.

- Jak on się czuje? – zapytałam ją, gdy do mnie podeszła.

- Śpi albo zemdlał – odpowiedziała, świdrując mnie swoimi zielonymi oczami. – Na szczęście strzała nie weszła głęboko, rana była w miarę czysta. Mimo to, stracił trochę krwi, więc jest osłabiony.

- To dobrze - odetchnęłam z ulgą. – To znaczy, dobrze, że rana nie była głęboka.

Sophie pokiwała głową i badawczo mi sie przyglądała.

- Co to właściwie jest? – zapytałam, wskazując brodą na garnek.

- A, to herbatka wzmacniająca – odpowiedziała Sophie. – Przyda się jak Eithan się wybudzi. Za to ty już możesz się jej napić.

- Że co?

- Czy ty coś do niego czujesz? – zapytała wspierając się pod boki.

- Że co?

- Przecież przedtem się prawie rozpłakałaś…

- Po prostu się przestraszyłam – skrzyżowałam ramiona na piersi. – Nigdy wcześniej nie widziałam takiej ilości krwi, bałam się, że się wykrwawi.

Sophie pokiwała głową w zamyśleniu.

- Wybacz, ale nie mam takiej odporności na stres jak ty – burknęłam, siadając na krześle, nieopodal łóżka rannego Eithana.

- Spoko, czaję – odparła Sophie, siadając na drugim krześle. – Wiedz tylko, że Rodrick chyba czuje do ciebie miętę.

Zerknęłam na nią zdziwiona, ale odpowiedziała zanim zdążyłam zapytać.

- Bill mi mówił – wzruszyła ramionami.

- Jakbym miała ostatnio za mało na głowie – ukryłam twarz w dłoniach.

Sophie zachichotała cicho i wyszła do drugiej izby. Oparłam łokcie na kolanach i przyglądałam się śpiącemu Eithanowi. Parę ciemnych kosmyków przykleiło mu się do czoła. Gęste ciemne brwi były delikatnie ściągnięte. Mimo chorobliwie bladej skóry nadal wyglądał zabójczo przystojnie.

Odetchnęłam głęboko i oparłam się plecami o krzesło. Niebezpieczeństwo minęło, więc mogłam w końcu rozluźnić spięte mięśnie. Za oknem już zmierzchało. Poczułam nagle obezwładniającą senność.

- Constantin powinien niedługo się zjawić – usłyszałam głos Sophie jakby z bardzo daleka.

Po chwili wszystko ogarnęła ciemność.

 

 

***

 

 

Usiadłam gwałtownie na łóżku odrzucając na bok kołdrę. Obudziłam się czując niepokój i dysząc jakbym przebiegła maraton. Urywki z mojego snu przewijały się chaotycznie w mojej głowie jak zacięty film. Śniłam o jakimś przystojnym księciu, który został ranny. Prowadziłam go do chatki w lesie, w którym opatrzyła go… Sophie! Dlaczego śniłam o Sophie? Boże, przecież to nie był sen. Byłam w innym wymiarze. Skoro zaczęłam już zapamiętywać fragmenty tych „wycieczek“ musiałam już wejść w to głębiej. Westchnęłam głośno i przetarłam powieki nadgarstkiem. Podniosłam się z łóżka i omal się nie przewróciłam. Miałam dziwnie odrętwiałe mięśnie nóg. Skrzywiłam się z bólu i porozciągałam przez kilka chwil, by móc normalnie się poruszać. Sięgnęłam po telefon i zobaczyłam kilka nowych wiadomości. Większość była od Toma, między innymi z pytaniami czy zrobiłam zadanie z matmy. Jedna wiadomość była o Rodricka. Na jej widok serce zabiło mi szybciej, Wysłana o drugiej w nocy.

„Hej, mała J jak się trzymasz po dzisiejszej drzemce na placu zabaw?“

Uśmiechnęłam się pod nosem i weszłam do łazienki. Tylko czemu pisał do mnie tak pózno w nocy? Wzruszyłam ramionami i zaczęłam myć zęby. Szybko się odświeżyłam i poszłam do kuchni zjeść coś na szybko przed lekcjami.

 


***

           


            - Wracaj do ławki, jedynka.

            Zamknęłam zeszyt i poczłapałam na swoje miejsce ze zwieszoną głową. Klapnęłam ciężko na twarde szkolne krzesło, czując na sobie spojrzenie Toma. Oparłam łokcie na stoliku i wbiłam wzrok w kwiecistą okładkę mojego zeszytu do matematyki. Tom nie spuszczał ze mnie wzroku. W końcu zerknęłam w jego stronę.

            - Co się dzieje, Bree? – zapytał cicho. – To już druga jedynka w tym tygodniu za brak pracy domowej.

            Wzruszyłam ramionami, widząc jego zmartwioną minę.

            - Przecież pisałem ci wczoraj o tym zadaniu.

            - Wydaje mi się, że zasnęłam.

            - Że co? O dziewiętnastej? – uniósł wysoko brwi.

            - Nie pam…

            - Czy jedna jedynka to za mało? – przerwał nam głos nauczyciela. – Czy może chcesz dostać drugą za rozmowy na lekcji?

            Zamknęłam usta i pokręciłam głową. Tom lekko się poruszył i odchylił na oparciu krzesła. Przez resztę lekcji siedzieliśmy już cicho, ale co jakiś czas rzucał mi spojrzenie spod zmarszczonych brwi. W końcu rozbrzmiał dzwonek i pozbierawszy szybko swoje rzeczy, wyszłam z klasy i zbiegłam po schodach na najniższy poziom, gdzie mieściła się szatnia. Nazywaliśmy ją potocznie „piwnicą“. Tom deptał mi po piętach. Otworzyłam swoją szafkę, ale zatrzasnął mi ją przed nosem, oparłszy się o nią ręką. Wbijał we mnie wzrok z odległości kilkunastu centymetrów. Na jego twarzy malowała się mieszanka zdenerwowania, zdziwienia i troski. Oboje lekko dyszeliśmy po biegu schodami.

            - Bree – sapnął ciężko. – Powiesz mi w końcu co do cholery ci się dzieje?

            - Mówiłam ci już przecież – odparłam, siłując się z drzwiczkami, które przytrzymywał.

            - Musisz iść z tym do jakiegoś specjalisty – powiedział, przyciskając mocniej szafkę.

            - Już byłam – syknęłam, obracając głowę w jego stronę.

            Zaskoczony opuścił rękę i w końcu mogłam dostać się do swojej szafki. Wrzuciłam podręczniki na półkę i wyciągnęłam kurtkę. Tom podszedł do mnie z drugiej strony i obrócił w swoją stronę. W jego oczach nadal widoczny był niepokój.

             - No i? – patrzył na mnie wyczekująco.

            - Mam jakieś zaburzenia snu – odparłam wymijająco. – Nie pamiętam jak to się nazywa.

            - Okeeej – odrzekł przeciągle, zamyślając się. – Masz na to jakieś leki?

             Kiwnęłam głową, zarzucając kurtkę na ramiona.

            - No to git – westchnął z ulgą.

            - Ale minie trochę czasu zanim zaczną działać – mruknęłam zatrzaskując drzwiczki szafki.

            - Ile?

            - Nie mam pojęcia, Tom.

            - Skąd ci się to w ogóle wzięło? – dociekał, otwierając swoją szafkę i wyciągając z niej swoją kurtkę.

            - Nie wiadomo.

            - A wiadomo cokolwiek na ten temat? – spytał poirytowany moim omijaniem tematu. – Interesuje cię w ogóle to co ci się dzieje?

            - Niezbyt – sarknęłam, rzucając mu złośliwe spojrzenie. -  Za to widzę, że ciebie bardzo.

            Moja reakcja go zaskoczyła. Na jego twarzy pojawiło się też coś jeszcze, czego nie umiałam określić. Obróciłam się na pięcie, nie czekając na jego reakcję i ruszyłam szybko w górę schodów ku wyjściu ze szkoły. Irytowało mnie jego zachowanie. Ostatnimi czasy stał się nad wyraz opiekuńczy i dociekliwy. Dopiero niedawno dowiedziałam się o mojej „przypadłości“ i sama próbowałam to wszystko przetrawić. Nie miałam nawet czasu, żeby się zastanowić jak powiedzieć  o niej mojemu najlepszemu kumplowi i czy w ogóle chcę mu o niej powiedzieć. Bałam się, że weźmie mnie za wariatkę.

            Szarpnęłam klamkę ciężkich dwuskrzydłowych drzwi wyjściowych i wypadłam na zewnątrz z impetem, wpadając w coś twardego i ciemnego. Odruchowo wyciągnęłam przed siebie ręce i oparłam o przeszkodę przed sobą. Moje nozdrza wypełnił zapach piżma i… mięty. Podniosłam wzrok i spomiędzy kosmyków włosów zobaczyłam przystojną twarz Rodricka. Rozciągał usta w tym jego zadziornym uśmiechu. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że twardą przeszkodą, o którą opierałam dłonie są twarde mięśnie jego brzucha. Poczułam ucisk w swoim. Jakby czytając w moich myślach, zerknął na moje ręce.

            - Przepraszam – sapnęłam, odsuwając je szybko.

            - Nie szkodzi – uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Serio.

            - Co tutaj robisz? – zapytałam, próbując uspokoić oddech po biegu po schodach i zderzeniu z sześciopakiem Ricka.

            - Też miło cię widzieć, Bree – odparł zaczepnie, opierając się o murek okalający budynek szkolny.

            Pod pachą trzymał kask. Kątem oka dostrzegłam niedaleko zaparkowany motocykl.

            - Sorki – uśmiechnęłam się krzywo, odgarniając włosy z twarzy. – Zwariowany dzień.

            - Nie odpisałaś, więc pomyślałem, że sprawdzę co u ciebie i podrzucę cię do domu – Jego szerokie ramiona poruszyły się lekko.

            - O nie – pokręciłam głową. Zamarł na chwilę, zmarszczył brwi i lustrował uważnie moją twarz. – Nie chcę na razie wracać do domu. Zabierz mnie gdzieś, gdzie nie ma ludzi.

            Rozluźnił mięśnie i uśmiechnął się lekko, odbijając plecy od murka.

            - Nie ma problemu.

            Chwycił mnie za rękę i poprowadził do swojego motoru. Spojrzał mi w oczy, po czym założył mi kask niezwykle delikatnie, czego się nie spodziewałam, biorąc pod uwagę rozmiar jego dłoni. Usiadł zgrabnie za kierownicą i pomógł mi usadowić się za nim. Dopiero, gdy Rodrick odpalił motocykl uświadomiłam sobie, że nie pożegnałam się z Tomem, ale było już na to za późno. Silnik zaryczał głośno i po chwili ruszyliśmy przed siebie. Zerknęłam przez ramię i zobaczyłam Toma wychodzącego ze szkoły. Patrzył na nas trudnym do rozszyfrowania wzrokiem. Podniosłam rękę, ale pęd mocno szarpnął nas do przodu, a jego sylwetka rozmazała się przed moimi oczami.