- O rany! – pisnęłam i zakryłam usta ręką.
Eithan zmarszczył
brwi i zdziwiony spojrzał na swoją zakrwawioną dłoń. Sophie kucnęła obok niego,
rozchyliła delikatnie rozcięty materiał jego kubraka i obejrzała ranę.
- Strzała otarła się
o twoje żebra – oznajmiła podnosząc się. – Musimy dostać się do mojej chatki.
Trzeba jak najszybciej zatamować krwawienie.
Niewiele myśląc
wyciągnęłam koszulę ze spodni i oddarłam z jej brzegu długi pasek tkaniny.
Podałam go Sophie, która uśmiechnęła się przelotnie i znów pochyliła nad
księciem.
- Oprzyj się o
drzewo i nie ruszaj, proszę – powiedziała do niego, owijając go w talii
prowizorycznym opatrunkiem z mojej koszuli.
- Nic mi… - sapnął i
wykrzywił twarz w bolesnym grymasie – nie jest…
- Oczywiście –
odparła zaczepnie Sophie.
- To znaczy, że byli
tam też łucznicy – powiedziałam, rozglądając się wokół.
- Musieli ukryć się
w zaroślach, nikogo nie widziałem oprócz tamtych z mieczami – Eithan spojrzał na
mnie. – Nie mam pojęcia kiedy mnie trafili.
- To przez
adrenalinę – odpowiedziała Sophie, zawiązując brzegi materiału.
- Przez co? –
zdziwił się książę.
- Taki hormon, to
znaczy substancję, która jest wytwarzana przez mózg podczas niebezpiecznych
sytuacji – odpowiedziała machinalnie.
Eithan patrzył na
nią spod uniesionych brwi. Sophie machnęła ręką i skinęła na mnie głową, żebym
się zbliżyła. Ujęłyśmy księcia pod ramiona i pomogłyśmy mu stanąć na nogi.
-
Prowadź go do chaty, a ja będę was osłaniać – powiedziała, wskakując z gracją
na Werxa.
-
Może będzie lepiej jak pojedzie konno? – zapytałam.
-
Nie – odparła szybko brunetka. – Nie wiem jak głęboka jest rana i czy
dosięgnęła jakichś narządów. Bezpieczniej będzie pieszo.
Przerzuciłam
ramię księcia przez swoje barki i ruszyłam powoli do przodu. Mimo tego, iż był
ranny moje ciało dziwnie reagowało na jego bliskość. Uspokoiłam się w duchu,
skupiając się na swoim zadaniu.
-
To naprawdę nic takiego – powiedział chrapliwie. – Dam sobie radę.
Chciał
stanąć o własnych siłach, jednak ścisnęłam go mocno za ramię, protestując.
-
Proszę pozwól sobie pomóc – powiedziałam, obracając twarz w jego kierunku.
Uświadomiłam
sobie, że jeszcze nigdy nie dzielił nas tak krótki dystans. Jego szare oczy
świdrowały mnie na wskroś. Widziałam cień zarostu na mocno zarysowanej szczęce,
a na policzku czułam jego ciepły oddech.
Po
kilku długich sekundach skinął bez słowa głową i ruszyliśmy do przodu. Sophie
okrążała nas wokół na wierzchowcu Eithana, trzymając w ręce pokażny kij. Nie
zauważyłam nawet kiedy się w niego wyposażyła. Miałam nadzieję, że nikt nas nie
zaatakuje, bo nie wiedziałabym co ze sobą zrobić. Z naszej trójki tylko książę
poradziłby sobie w walce. Byliśmy bezbronni.
Serce
tłukło mi się w piersi, a ze skroni wolno spływała strużka potu. Zrugałam się w
myślach za swoje tchórzostwo. Przecież dopiero co byłam przekonana, że jestem
tą, która jest mężna i wojownicza. Pokręciłam bezwiednie głową. Książę
popatrzył na mnie pytającym wzrokiem.
-
Wszystko w porządku – odparłam szybko, nim zdążył zadać pytanie.
-
Niedługo będziemy na miejscu – powiedziała cicho Sophie, forsując naprzód
swojego wierzchowca. – Sprawdzę okolice chaty.
Eithan
skinął głową. Zerknęłam na jego ranę. Dłoń, którą przyciskał prowizoryczny
opatrunek była cała we krwi. Mimo to nawet na chwilę nie zwolnił tempa.
Przygryzłam wargę, opanowując mdłości.
Usłyszeliśmy
tętent kopyt i przed nami pojawiła się Sophie.
-
Czysto – oznajmiła.
Po
kilku minutach w końcu byliśmy na miejscu. Ułożyłyśmy księcia na pryczy. Stęknął
cicho i opadł na posłanie. Był blady i spocony.
-
Rozpal w palenisku – poinstruowała mnie Sophie, krzątając się po izbie. – I
zagotuj wodę.
Patrzyłam
na leżącego Eithana i nie mogłam się ruszyć z
miejsca. Nagle moje pole widzenia zaczęło się rozmazywać. Książę
rozchylił na moment powieki i patrzył na mnie, marszcząc brwi w bolesnym
grymasie, po czym z powrotem je zamknął.
-
Bree, co się z tobą dzieje? – szturchnęła mnie Sophie. – Rusz tyłek!
-
Już, już – odparłam i zabrałam się do roboty.
Co
się ze mną dzieje? Przecież znałam go raptem tydzień. Nie wiedziałam skąd ten
nagły przypływ emocji. Przetarłam powieki wierzchem dłoni i zaczęłam podkładać
suche drewno do paleniska. Zerknęłam przez ramię na poczynania Sophie i zaraz
tego pożałowałam. Nie wiedziałam, że widok większej ilości krwi tak na mnie
działa.
Zagotowałam
wodę i mieszałam ziołowy napar, który przyszykowała Sophie.
-
Jak on się czuje? – zapytałam ją, gdy do mnie podeszła.
-
Śpi albo zemdlał – odpowiedziała, świdrując mnie swoimi zielonymi oczami. – Na
szczęście strzała nie weszła głęboko, rana była w miarę czysta. Mimo to,
stracił trochę krwi, więc jest osłabiony.
-
To dobrze - odetchnęłam z ulgą. – To znaczy, dobrze, że rana nie była głęboka.
Sophie
pokiwała głową i badawczo mi sie przyglądała.
-
Co to właściwie jest? – zapytałam, wskazując brodą na garnek.
-
A, to herbatka wzmacniająca – odpowiedziała Sophie. – Przyda się jak Eithan się
wybudzi. Za to ty już możesz się jej napić.
-
Że co?
-
Czy ty coś do niego czujesz? – zapytała wspierając się pod boki.
-
Że co?
-
Przecież przedtem się prawie rozpłakałaś…
-
Po prostu się przestraszyłam – skrzyżowałam ramiona na piersi. – Nigdy
wcześniej nie widziałam takiej ilości krwi, bałam się, że się wykrwawi.
Sophie
pokiwała głową w zamyśleniu.
-
Wybacz, ale nie mam takiej odporności na stres jak ty – burknęłam, siadając na
krześle, nieopodal łóżka rannego Eithana.
-
Spoko, czaję – odparła Sophie, siadając na drugim krześle. – Wiedz tylko, że
Rodrick chyba czuje do ciebie miętę.
Zerknęłam
na nią zdziwiona, ale odpowiedziała zanim zdążyłam zapytać.
-
Bill mi mówił – wzruszyła ramionami.
-
Jakbym miała ostatnio za mało na głowie – ukryłam twarz w dłoniach.
Sophie
zachichotała cicho i wyszła do drugiej izby. Oparłam łokcie na kolanach i
przyglądałam się śpiącemu Eithanowi. Parę ciemnych kosmyków przykleiło mu się
do czoła. Gęste ciemne brwi były delikatnie ściągnięte. Mimo chorobliwie bladej
skóry nadal wyglądał zabójczo przystojnie.
Odetchnęłam
głęboko i oparłam się plecami o krzesło. Niebezpieczeństwo minęło, więc mogłam
w końcu rozluźnić spięte mięśnie. Za oknem już zmierzchało. Poczułam nagle
obezwładniającą senność.
-
Constantin powinien niedługo się zjawić – usłyszałam głos Sophie jakby z bardzo
daleka.
Po
chwili wszystko ogarnęła ciemność.
***
Usiadłam
gwałtownie na łóżku odrzucając na bok kołdrę. Obudziłam się czując niepokój i
dysząc jakbym przebiegła maraton. Urywki z mojego snu przewijały się
chaotycznie w mojej głowie jak zacięty film. Śniłam o jakimś przystojnym
księciu, który został ranny. Prowadziłam go do chatki w lesie, w którym
opatrzyła go… Sophie! Dlaczego śniłam o Sophie? Boże, przecież to nie był sen.
Byłam w innym wymiarze. Skoro zaczęłam już zapamiętywać fragmenty tych
„wycieczek“ musiałam już wejść w to głębiej. Westchnęłam głośno i przetarłam
powieki nadgarstkiem. Podniosłam się z łóżka i omal się nie przewróciłam.
Miałam dziwnie odrętwiałe mięśnie nóg. Skrzywiłam się z bólu i porozciągałam
przez kilka chwil, by móc normalnie się poruszać. Sięgnęłam po telefon i
zobaczyłam kilka nowych wiadomości. Większość była od Toma, między innymi z
pytaniami czy zrobiłam zadanie z matmy. Jedna wiadomość była o Rodricka. Na jej
widok serce zabiło mi szybciej, Wysłana o drugiej w nocy.
„Hej,
mała J jak się
trzymasz po dzisiejszej drzemce na placu zabaw?“
Uśmiechnęłam
się pod nosem i weszłam do łazienki. Tylko czemu pisał do mnie tak pózno w
nocy? Wzruszyłam ramionami i zaczęłam myć zęby. Szybko się odświeżyłam i
poszłam do kuchni zjeść coś na szybko przed lekcjami.
***
-
Wracaj do ławki, jedynka.
Zamknęłam
zeszyt i poczłapałam na swoje miejsce ze zwieszoną głową. Klapnęłam ciężko na
twarde szkolne krzesło, czując na sobie spojrzenie Toma. Oparłam łokcie na
stoliku i wbiłam wzrok w kwiecistą okładkę mojego zeszytu do matematyki. Tom nie
spuszczał ze mnie wzroku. W końcu zerknęłam w jego stronę.
-
Co się dzieje, Bree? – zapytał cicho. – To już druga jedynka w tym tygodniu za
brak pracy domowej.
Wzruszyłam
ramionami, widząc jego zmartwioną minę.
-
Przecież pisałem ci wczoraj o tym zadaniu.
-
Wydaje mi się, że zasnęłam.
-
Że co? O dziewiętnastej? – uniósł wysoko brwi.
-
Nie pam…
-
Czy jedna jedynka to za mało? – przerwał nam głos nauczyciela. – Czy może
chcesz dostać drugą za rozmowy na lekcji?
Zamknęłam
usta i pokręciłam głową. Tom lekko się poruszył i odchylił na oparciu krzesła.
Przez resztę lekcji siedzieliśmy już cicho, ale co jakiś czas rzucał mi
spojrzenie spod zmarszczonych brwi. W końcu rozbrzmiał dzwonek i pozbierawszy
szybko swoje rzeczy, wyszłam z klasy i zbiegłam po schodach na najniższy
poziom, gdzie mieściła się szatnia. Nazywaliśmy ją potocznie „piwnicą“. Tom
deptał mi po piętach. Otworzyłam swoją szafkę, ale zatrzasnął mi ją przed
nosem, oparłszy się o nią ręką. Wbijał we mnie wzrok z odległości kilkunastu
centymetrów. Na jego twarzy malowała się mieszanka zdenerwowania, zdziwienia i
troski. Oboje lekko dyszeliśmy po biegu schodami.
-
Bree – sapnął ciężko. – Powiesz mi w końcu co do cholery ci się dzieje?
-
Mówiłam ci już przecież – odparłam, siłując się z drzwiczkami, które
przytrzymywał.
-
Musisz iść z tym do jakiegoś specjalisty – powiedział, przyciskając mocniej
szafkę.
-
Już byłam – syknęłam, obracając głowę w jego stronę.
Zaskoczony
opuścił rękę i w końcu mogłam dostać się do swojej szafki. Wrzuciłam podręczniki
na półkę i wyciągnęłam kurtkę. Tom podszedł do mnie z drugiej strony i obrócił
w swoją stronę. W jego oczach nadal widoczny był niepokój.
- No i? – patrzył na mnie wyczekująco.
-
Mam jakieś zaburzenia snu – odparłam wymijająco. – Nie pamiętam jak to się
nazywa.
-
Okeeej – odrzekł przeciągle, zamyślając się. – Masz na to jakieś leki?
Kiwnęłam głową, zarzucając kurtkę na ramiona.
-
No to git – westchnął z ulgą.
-
Ale minie trochę czasu zanim zaczną działać – mruknęłam zatrzaskując drzwiczki
szafki.
-
Ile?
-
Nie mam pojęcia, Tom.
-
Skąd ci się to w ogóle wzięło? – dociekał, otwierając swoją szafkę i wyciągając
z niej swoją kurtkę.
-
Nie wiadomo.
-
A wiadomo cokolwiek na ten temat? – spytał poirytowany moim omijaniem tematu. –
Interesuje cię w ogóle to co ci się dzieje?
-
Niezbyt – sarknęłam, rzucając mu złośliwe spojrzenie. - Za to widzę, że ciebie bardzo.
Moja
reakcja go zaskoczyła. Na jego twarzy pojawiło się też coś jeszcze, czego nie
umiałam określić. Obróciłam się na pięcie, nie czekając na jego reakcję i
ruszyłam szybko w górę schodów ku wyjściu ze szkoły. Irytowało mnie jego
zachowanie. Ostatnimi czasy stał się nad wyraz opiekuńczy i dociekliwy. Dopiero
niedawno dowiedziałam się o mojej „przypadłości“ i sama próbowałam to wszystko
przetrawić. Nie miałam nawet czasu, żeby się zastanowić jak powiedzieć o niej mojemu najlepszemu kumplowi i czy w
ogóle chcę mu o niej powiedzieć. Bałam się, że weźmie mnie za wariatkę.
Szarpnęłam
klamkę ciężkich dwuskrzydłowych drzwi wyjściowych i wypadłam na zewnątrz z
impetem, wpadając w coś twardego i ciemnego. Odruchowo wyciągnęłam przed siebie
ręce i oparłam o przeszkodę przed sobą. Moje nozdrza wypełnił zapach piżma i…
mięty. Podniosłam wzrok i spomiędzy kosmyków włosów zobaczyłam przystojną twarz
Rodricka. Rozciągał usta w tym jego zadziornym uśmiechu. Dopiero wtedy dotarło
do mnie, że twardą przeszkodą, o którą opierałam dłonie są twarde mięśnie jego
brzucha. Poczułam ucisk w swoim. Jakby czytając w moich myślach, zerknął na
moje ręce.
-
Przepraszam – sapnęłam, odsuwając je szybko.
-
Nie szkodzi – uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Serio.
-
Co tutaj robisz? – zapytałam, próbując uspokoić oddech po biegu po schodach i
zderzeniu z sześciopakiem Ricka.
-
Też miło cię widzieć, Bree – odparł zaczepnie, opierając się o murek okalający
budynek szkolny.
Pod
pachą trzymał kask. Kątem oka dostrzegłam niedaleko zaparkowany motocykl.
-
Sorki – uśmiechnęłam się krzywo, odgarniając włosy z twarzy. – Zwariowany
dzień.
-
Nie odpisałaś, więc pomyślałem, że sprawdzę co u ciebie i podrzucę cię do domu
– Jego szerokie ramiona poruszyły się lekko.
-
O nie – pokręciłam głową. Zamarł na chwilę, zmarszczył brwi i lustrował uważnie
moją twarz. – Nie chcę na razie wracać do domu. Zabierz mnie gdzieś, gdzie nie
ma ludzi.
Rozluźnił
mięśnie i uśmiechnął się lekko, odbijając plecy od murka.
-
Nie ma problemu.
Chwycił mnie za rękę i poprowadził do swojego motoru. Spojrzał mi w oczy, po czym założył mi kask niezwykle delikatnie, czego się nie spodziewałam, biorąc pod uwagę rozmiar jego dłoni. Usiadł zgrabnie za kierownicą i pomógł mi usadowić się za nim. Dopiero, gdy Rodrick odpalił motocykl uświadomiłam sobie, że nie pożegnałam się z Tomem, ale było już na to za późno. Silnik zaryczał głośno i po chwili ruszyliśmy przed siebie. Zerknęłam przez ramię i zobaczyłam Toma wychodzącego ze szkoły. Patrzył na nas trudnym do rozszyfrowania wzrokiem. Podniosłam rękę, ale pęd mocno szarpnął nas do przodu, a jego sylwetka rozmazała się przed moimi oczami.